Uwalnianie emocji – krok po kroku

Uwalnianie emocji to często praca, która wymaga od nas cierpliwości oraz podejmowania niejednokrotnie wielu prób, które prowadzą do całkowitego uwolnienia.
Cały proces uwalniania emocji z ciała składa się z kilku etapów, a każdy z nich jest istotny, ważny i nie powinien być pominięty.

– Pierwszą i najważniejszą pracą jest samo nazwanie emocji, którą chcemy uwolnić.
Upewnij się czy to jest żal, gniew, złość, poczucie winy, lęk, bezsilność, chęć kontroli i panowania nad wszystkim, zazdrość, czy inna emocja.
– Drugim krokiem jest akceptacja emocji, która już została nazwana po imieniu.
Wyraź zgodę by ta emocja mogła być odczuwana, daj na to pełne, świadome przyzwolenie.
To bardzo istotne w procesie uwalniania, gdyż brak akceptacji „nietolerowanie emocji” włączyć może mechanizmy obronne, które uniemożliwią jej uwolnienie. Ponieważ jeśli na coś nie wyrażasz zgody, automatycznie Twój umysł będzie starał się to ukryć, schować gdzieś głęboko.
– Trzeci etap, to zlokalizowanie w ciele miejsca, w którym dana emocje daję się odczuć.
Określ nie tylko miejsce, ale również charakter odczuwania emocji (ucisk, ostre kłucie, pieczenie, pulsowanie), oraz natężenie, siłę z jaką dana emocja oddziałuje na dane miejsce w ciele. I tutaj również ważny moment. Z racji tego, że odczuwanie emocji często jest nieprzyjemne, sprawia nam dyskomfort, to w efekcie prowadzi do unikania „świadomego odczuwania”, zwykle uciekamy w zewnętrzny świat, by na nim skupić uwagę, zamiast uważnie przyjrzeć się temu, co dana emocja pokazuje na ciele. Tak więc, z uwagą i pełnym oddaniem, pozwól by ta emocja, którą czujesz „przemawiała do ciebie” przez ciało.
– Kolejny etap to wskazanie, odkrycie przekonania, które stoi u podstawy tej emocji.
Np. „czuję lęk bo jestem samotna, porzucona, niekochana”, „czuję się jak piąte koło u wozu, nikt mnie nie chce”. Tutaj przykładowym przekonaniem może być: „kiedy będę z kimś, będę szczęśliwa, kochana i w końcu zaznam spokój”.
Lub inny przykład: „czuję gniew, bo znów ktoś zwinął mi sprzed nosa coś, co należało do mnie”.
Przykładowe przekonania: „ludzie nie mogą tak po prostu okradać innych i udawać, że nic się nie stało”, „czuję się zlekceważony, powinienem szybciej reagować, być bardziej czujnym”, „nie powinienem dać się wykiwać”, „jestem beznadziejny i słaby, inni robią ze mną co tylko chcą a ja jestem tylko słabą ofiarą”.
– Kiedy dochodzisz do źródła, czyli do przekonań, które stoją za powstawaniem konkretnych emocji, to przypomnij sobie moment, w którym po raz pierwszy poczułeś się w ten sposób, kiedy narodziło się w Tobie to konkretne przekonanie? kto wzbudził w Tobie te emocje po raz pierwszy? w jakiej sytuacji poczułeś się w taki sposób potraktowany?
– A teraz zastanów się jaką korzyść daje Ci to, że tak się właśnie czujesz, co zyskujesz dzięki takiej sytuacji kiedy te emocje w Tobie żyją?
Np. „kiedy czuję lęk, to zrzucam odpowiedzialność za swoje poczucie szczęścia i poczucie własnej wartości na kogoś innego, uzależniam do od innych osób lub rzeczy, więc nic nie muszę robić, tak właściwie to wszystko zależy od kogoś innego a ja będę spokojnie z tego czerpać”, „wolę być bezbronnym, wiecznym dzieckiem i czekać aż ktoś się o mnie zatroszczy, bo nigdy nie otrzymałam tego gdy byłam dzieckiem, więc oczekuję, ze otrzymam to od innych teraz”. Kolejna korzyść: „gniew daje mi poczucie władzy, dzięki temu mogę atakować i wytykać czyjeś błędy”.
– A teraz, czy jesteś w stanie zrezygnować ze wszystkich korzyści, które płyną z tego faktu?
Czy decydujesz się na całkowitą rezygnację z bycia ofiarą i przestajesz uzależniać swoje szczęście od tego, czy ktoś jest u Twojego boku czy decyduje się iść inną drogą, bo ma do tego pełne prawo?
Czy podejmujesz decyzję o rezygnacji z oczekiwania, że wszyscy ludzie dookoła Ciebie będą zawsze uczciwi, prawdomówni i szczerzy? Czy rezygnujesz z tego bez poczucia, że to Ty jesteś lepszym człowiekiem? Czy jesteś gotowy zaakceptować to, że ktoś może Cię źle ocenić, wyśmiać, odrzucić, pominąć? Czy jesteś gotowy przyjąć taką ocenę i zaakceptować ją jako zupełnie odrębną i niezależną od Ciebie? Korzyściami mogą być również: korzyści finansowe, wygoda, poczucie większego komfortu i bezpieczeństwa, chęć utrzymania wykreowanego wizerunku itp.

Blokadą na jaką możesz natrafić podczas procesu uwalniania emocji, może być strach przed krzywdą, bólem, rozczarowaniem, kiedy docierasz do rany. Dlatego tak ważną kwestią jest podjęcie świadomej decyzji o uwolnieniu choćby miała przynieść Ci chwilowe poczucie, że jesteś „do niczego”.
Aby tego uniknąć, przed rozpoczęciem procesu uwalniania emocji, zastanów się nad tym czy decydujesz się na bycie swoim przyjacielem czy katem. Daj sobie wsparcie. To bardzo ważne.
Miej również świadomość tego, że będą się pojawiały różne myśli, niekoniecznie takie, które będą Cię wspierać w tej pracy, lecz takie, które będą Cie odwodzić od próby zmiany czegokolwiek. Pamiętaj, że umysł uwielbia kroczyć dobrze wydeptanymi ścieżkami i wcale nie lubi się męczyć, zawsze więc będzie Cię prowadził znajomą drogą, na wypadek gdybyś miał zabłądzić i trudzić się w odnalezieniu drogi do „cieplutkiej norki, może niezbyt wygodnej i zawsze przyjaznej, ale przynajmniej znajomej”.
Masz więc świadomość tego, że takie myśli mogą się pojawiać, ale na szczęście to Ty tutaj rządzisz i masz możliwość zakwestionowania ich wszystkich. Wtedy decydujesz czy uznajesz je za prawdę czy odrzucasz, ponieważ nie należą do Ciebie.

W procesie uwalniania bardzo wspierającym elementem jest zapisywanie wszystkiego co się rodzi w Twoim wnętrzu, w Twoim ciele i umyśle. Przelewanie tego na papier da Ci doskonały, jasny pogląd na sytuację, schemat, w którym dotąd tkwiłeś. Poznasz dzięki temu początek, źródło, w którym narodziło się dane przekonanie, a wraz z nim różne emocje, które Ci towarzyszyły dotąd w życiu, oraz jaki wpływ odegrały w podejmowaniu decyzji życiowych. Ważne, aby nie analizować tego co do Ciebie przychodzi, nie poddawaj niczego cenzurze.

Jeżeli uwalnianie emocji przyniesie Ci jakiekolwiek trudności, np. w zlokalizowaniu ich w ciele lub właściwej interpretacji, to zachęcam do współpracy ze mną i spróbujemy przejść przez ten proces wspólnie. Warto również skorzystać z innych form uwalniania emocji, o których opowiem wkrótce.

Po co nam choroba i co chce nam powiedzieć?

Każdy stres, cierpienie na poziomie psychicznym, odbierające radość życia domaga się uzdrowienia. Odczuwanie pewnych emocji oraz powtarzające się określone schematy działania i odczuwania, mają za zadanie informować nas o problemie, który znajduje się w naszym wnętrzu. Jeśli przez dłuższy czas będziemy unikać rozwiązywania swoich problemów, to możemy być pewni, że organizm sprowadzi je na poziom ciała w postaci choroby lub różnego rodzaju dolegliwości. Stanie się tak dlatego, że nasz automatyczny mózg, który jest odpowiedzialny za wszystkie procesy w naszym ciele, o których my nie musimy pamiętać, nie będzie już mógł zajmować się naszymi problemami i przytłoczony ich masą, zechce zmusić nas do podjęcia działania.

Obserwacja samego siebie jest pierwszym krokiem, który może sprawić, że w naszym życiu zaczniemy dostrzegać schematy myślenia, działania, w tym szeroko idące oczekiwania względem wszystkich i wszystkiego co nas otacza. Wraz z rozwojem naszej świadomości zauważymy, że w naszym życiu zostały uruchomione pewne programy, na które nasz mózg nadal reaguje, wywołując u nas choroby, cierpienie, rozczarowanie, frustrację, złość, lęk, zazdrość, gniew, żal itd. Jeżeli nie zauważymy „problemu”, nie nazwiemy tego i nie uwolnimy, wówczas problem ujawni się w postaci choroby.
Choroba więc przychodzi nam na ratunek. Jest to bardzo precyzyjny program natury, którego zrozumienie pozwala uwolnić się przede wszystkim od walki i pozostawaniu w pozycji ofiary.
Zrozumienie mechanizmu jakim jest choroba pomaga w dochodzeniu do zdrowia, do równowagi życiowej i pozwala bardziej świadomie kreować własną rzeczywistość.

Moja relacja z pieniędzmi

Na temat pieniędzy wiele się mówi, w kontekście rozwoju osobistego, w zasadzie to już wszystko zostało powiedziane. Dzisiaj mamy bardzo ułatwiony dostęp do informacji, wiedzy na temat tego, jak zarabiać szybciej, łatwiej, jak oszczędzać, planować wydatki, jak odkrywać swoją pasję i w jaki sposób ją zmaterializować. Wiedza to wszystko to co możemy pojąć z poziomu rozumu, umysłu. Problem tkwi w tym, że zbyt rzadko potrafimy tę wiedzę zastosować, sprowadzając ją tym samym do poziomu serca, odczuwania.

Poznałam ludzi, którzy przeczytali mnóstwo książek, publikacji na temat zdobywania bogactwa. Stosowali wiele bardzo cennych wskazówek, natomiast nie przynosiło to oczekiwanych rezultatów. Podam przykład człowieka, który kilka razy dziennie używał afirmacji, w celu przechytrzenia podświadomości, powtarzał jak mantrę słowa: „będę bogaty, będę bogaty”, i tak przez długi, długi czas. Do momentu, aż poziom frustracji wywołany brakiem efektu nie urósł do poziomu depresji.
Człowiek ten w prawdzie nie wierzył w to co mówi i nie poczuł tego bogactwa w sercu. Jego wewnętrzna energia nie rezonowała z energią bogactwa. Taki „eksperyment” nigdy nie przyniesie pożądanego efektu, dopóki nie uświadomimy sobie jaka jest nasza relacja w stosunku do tego, co w naszym mniemaniu stanowi BOGACTWO. To jest bardzo ważny moment, aby poznać, zdefiniować, określić swoją relację do pieniędzy.
Nasze życie opiera się na relacjach, więc żywimy jakieś uczucia, nie tylko do ludzi ale również do rzeczy, w tym do pieniędzy, do religii, do ojczyzny, do wielu wielu rzeczy i sytuacji, które odnajdują jakieś miejsce w naszym życiu.
Pieniądze to nic innego jak energia, która krąży, a my wymieniamy się tą energią.
Na naszą świadomość pieniądza składają się wszystkie przekonania, osądy, wierzenia, ukryte podświadomie programy, emocje, odczucia, jakie wyrażamy w stosunku do pieniędzy, często nie mając pojęcia, że takie w ogóle istnieją, żyją w nas.

Przyznam, że ten temat ostatnio mocno przewija się w moim życiu, rozmawiając z ludźmi, czy to w ramach konsultacji, czy też prywatnie, dostrzegam jak wiele osób nie zna przyczyn swoich niepowodzeń w sferze finansowej, uważają, że istnieje jakaś blokada, która nie pozwala im iść dalej, rozwijać się zawodowo, osiągać lepszy status materialny.
Aby móc zlokalizować te blokady, potrzeba odpowiedzieć sobie na kilka pytań, zacząć obserwować siebie, a dokładniej, swój stosunek do pieniędzy, do bogactwa, do ludzi bogatych.
Należy zajrzeć do podświadomych programów, uznać ich obecność. W tym celu możesz wykonać pewne ćwiczenie. Zapisz na kartce co najmniej 5 przekonań, które przychodzą Ci do głowy na temat ludzi bogatych i przeczytaj to co zapisało się na kartce. Następnie zadaj sobie pytanie dlaczego tak uważasz? czy to Twoje przekonania? czy rzeczywiście tak myślisz, czy to racjonalne?

Podam Wam teraz przykłady przekonań, które żyły kiedyś we mnie:
1. Pieniądze odcinają od Boga i rozwoju duchowego
2. Bogaci ludzie są próżni, myślą tylko o dobrach materialnych
3. Gdybym była bogata stała bym się leniwa i nie chciałoby mi się pracować
4. Bogaci często wykorzystują biednych dla swoich celów
5. Bogaci są skąpi, myślą tylko o pieniądzach i nie dzielą się z biednym
6. Bogaci ludzie POWINNI oddawać część pieniędzy biednym
7. Bogaci gardzą biednymi i wywyższają się…

Nawet teraz, gdy o tym piszę, wspominam, to trudno uwierzyć, że mogłam mieć taki „program” zapisany w swojej podświadomości.

Idąc krok dalej, możemy poddać analizie naszych rodziców i dziadków, to jaki oni mieli stosunek do bogactwa, do pieniędzy. Tutaj pojawia się taki temat, jak „ukryta lojalność wobec przodków”. Tutaj mogę Wam posłużyć za przykład, ale niekoniecznie godny do naśladowania 😉
A mianowicie, wychowałam się w domu,  w rodzinie,  w której tętniło życiem przekonanie, że „pieniądze to nie wszystko, bogaci to zwykle oszukują i na pewno kradną..” i takie tam podobne absurdy. W moim domu jeśli był poruszany temat pieniędzy, to raczej mówiło się o ich braku, a pod swego rodzaju pogardą do bogactwa, ukryta była niska samoocena, poczucie bycia gorszym i słabszym. Moja babcia od strony mamy patrząc, została porzucona przez męża, czyli mojego dziadka, który był majętnym człowiekiem, pochodził z bogatego rodu, ale rozstał się z jakichś nie do końca znanych przeze mnie okolicznościach i zakochał się w służącej, a moja babcia wraz z trójką dzieci, wylądowała w miejscu, które trudno byłoby dziś nazwać domem. Babcia ciężko pracowała, na to by wychować moją mamę i dwóch starszych braci. Bywały momenty,  w których traciła swój dorobek i znów zaczynała od przysłowiowego zera.  Mama wychowywała się zupełnie bez ojca, z za jego wzór, nosiła przekonanie, że to zły bogaty człowiek był, który nie zainteresował się nimi. Do czasu, gdy moja mama miała sześć lat i jej tata umierał. Wówczas, przysłał do mojej babci człowieka, który przekazał jej, że „pani mąż kona i skonać nie może, prosi żeby do niego przyjść”, na to babcia odparła „nigdzie nie pójdę”. Moja mama pamięta ten moment doskonale, i to, że jej mama nie przejawiała sympatii do ludzi zamożnych. Taki też program otrzymała moja mama i przekazała mi. Pamiętam, kiedy zdałam sobie sprawę z tego z jaką miłością i troską mama zwracała się do mnie kiedy np. byłam chora lub coś poszło nie tak, zwykła powiadać: „oj ty moje BIEDACTWO” mówiła to z taką czułością, i nie zauważałam wtedy jaka informacja podprogowa płynęła wtedy do mnie. Będę kochaną częścią rodziny jeśli będę biedactwem, wtedy mam najwięcej miłości i czułości. Zobaczcie jaki schemat…
Zdałam sobie na szczęście z tego sprawę 🙂 Teraz rozumiem dlaczego tematy dotyczące pieniędzy, przedsiębiorczości, biznesu itp.  wzbudzały we mnie delikatnie mówiąc, niechęć. Czułam, że to świat do którego ja nie chcę przynależeć, bo on jest zły, nie czysty, groźny, i w głębi serca nie czułam, że mogę zasługiwać na coś lepszego. Tkwiłam w tych przekonaniach po części z miłości, do moich kochanych rodziców, dziadków. Czułam, że będąc osobą bogata przestanę być częścią mojej rodziny, klanu. Czułam wyrzuty na samą myśl, że mogło by mi się w życiu powodzić dużo lepiej niż mojej rodzinie, czułam nawet lęk przed tym światem, jakby pieniądze miały mnie  z pewnością sprowadzić na złą drogę. Oczywiście zrozumienie tego „zjawiska”, z całym asortymentem intencji moich przodków, pozwoliło mi podziękować za to wszystko i zbudować własną relację, świadomą relację z pieniędzmi.

Kiedy zaczęłam zastanawiać się nad swoim podejściem do bogacenia się, przychodziło mi do głowy mnóstwo sytuacji, które nagle stawały mi przed oczyma. Mój sposób postrzegania ludzi biednych i majętnych. Zdałam sobie sprawę z tego, że z jednej strony mój umysł dążył do lepszego życia, ale serce mówiło mi coś zupełnie innego. Poczułam w sobie dysonans, swego rodzaju walkę, która toczyła się wewnątrz mnie.

Kiedy panuje w nas taka niezgodność, odcinamy sobie automatycznie drogę do pieniędzy. Jeśli w sercu czujesz miłość i współczucie tylko do ludzi biednych a  o  pieniądzach myślisz że są złe, to jakim cudem możesz doświadczać bogactwa? Tak się nie stanie, ponieważ nie rezonujesz z energią pieniądza.

Przekonania o świecie jakim jest życie w dostatku, mają swoje źródła również w religii, kulturze, systemie politycznym. Ostatnio pracowałam z kobietą, która zgłosiła się do mnie z problemami zdrowotnymi, ale z racji tego, że stosuję holistyczne podejście do tematu zdrowia, poruszyłyśmy kwestie z życia finansowego. Okazało się, że kobieta ta jest bardzo religijna, tak jak jej cała rodzina i po krótkiej analizie okazało się, że ona żywi przekonanie, że ludzie biedni mają już z góry utorowaną drogę do zbawienia, powiedziała mi „ostatni będą pierwszymi..”
Była pod wrażeniem siły i charakteru swoich programów, i kiedy uparcie twierdziła, że lepiej jest być biednym, bo to zapewnia jej wyjątkową relację z Bogiem, zapytałam ją jakie ma talenty i zdolności, co lub robić i co robi dobrze według niej. Odpowiedziała mi, że „podobno pięknie maluje obrazy”. Wtedy zapytałam ją, jak myślisz, czy Bóg dał Ci taki talent i chce żebyś go trzymała w ukryciu przed całym światem? zastanowiła się i zaczęła powątpiewać w słuszność swoich przekonań, bardzo silnych przekonań. Zauważyła u siebie duży dysonans pomiędzy racjonalnym postrzeganiem a tym co mówiło jej serce. Z jednej strony bała się pieniędzy, tego, że zablokują jej drogę do Boga, że ześlą ją na złą drogę a z drugiej strony pragnęła aby jej dzieci nie musiały się martwić o pieniądze. Mówiła, że chce aby mogli się rozwijać, kształcić, poznawać świat, bo jest taki piękny przecież…
I tak krok po kroku zaczęła zauważać te sprzeczności. Wtedy zapytałam ją co myśli, czy Bój jako Ojciec może chcieć dla niej tego samego co ona chce dla swoich dzieci? Odparła, że to całkiem możliwe.. 🙂

Zachęcam Was Kochani do odkrywania własnych przekonań na ten temat. Poznajcie schematy, w których żyjecie i pozwólcie sobie na wybór czy chcecie tego nadal, czy pora zbudować swoją własną relację z energią pieniądza.
Jakie jest Wasze podejście do pieniędzy i bogactwa? Doceniacie? Potrzebujecie? Gardzicie? Szanujecie?
Zadaj sobie pytanie, czy bycie bogatym jest złe? czy lepiej być średnio zamożnym? Dlaczego myślisz tak a nie inaczej? Co czujesz kiedy myślisz o sobie jako bogatym człowieku? Czy to nie jest tak, że życie w braku jest chorobą umysłu, skrajnym stanem, z którym nie musimy się utożsamiać? Zgodzisz się z tym? Czy zgodzisz się również z tym, że zachowanie równowagi jest „złotym środkiem”? Jak możesz tego dokonać? Czy znasz swoje wartości? Czy żyjesz w zgodzie  z nimi?
Szukajcie spójności w tym co myślicie i tym co czujecie w sercu. Potem postanówcie co dalej z tym zrobicie.
Ustaw swój wewnętrzny KOMPAS na ten zgodny z Tobą tor i podążaj przed siebie.

Dlaczego bierzesz wszystko do siebie?

Dlaczego człowiek bierze do siebie tak wiele? Jaki ukryty powód stoi za tym, że ktoś przejmuje się zbyt mocno opinią innych, stara się zbyt często podporządkować swoje działania w taki sposób, aby spełnić oczekiwania wszystkich dookoła?
Czy takie pytanie nurtowało kiedyś Ciebie? Czy bywały momenty, w których postanawiałeś kolejny już raz, że nie będziesz się przejmować tym, co pomyślą i powiedzą inny, i będziesz robić to, co czujesz za właściwe dla siebie? Jakim trudem to było, by iść swoją drogą i nie patrzeć na to, jak ocenią inni?

Aby zrozumieć taki mechanizm „brania wszystkiego do siebie”, należałoby powrócić na moment, a może i na chwilę dłużej, do momentu, gdy to po raz pierwszy został wzbudzony w nas wstyd. Poczucie wstydu.
Skąd bierze się tego typu odczucie u małego dziecka? Można zauważyć pewien mechanizm, który rodzi się, gdy rodzic, opiekun, nie radzi sobie sam ze swoimi emocjami, sprawami życia codziennego, nie radzi sobie w relacjach międzyludzkich, wtedy przychodzi taki moment, kiedy to przerzuca „odpowiedzialność”na swoje dziecko. Będąc pod wpływem określonych emocji, rodzic wzbudza (najczęściej nieświadomie) poczucie wstydu u swojego dziecka. Dzieje się tak w sytuacjach, kiedy np. rodzic obawia się sam oceny ze strony środowiska, w którym funkcjonuje i narzuca swojemu dziecku pewne zachowania, które nie są zgodne z wolą takiego dziecka.
Za przykład może posłużyć nam stwierdzenie typu: „nie garb się tak, mów wyraźniej, bo będą się z ciebie śmiać, nie gap się na innych, nie odzywaj się, nie możesz mówić to, co myślisz, tak nie wolno, nie zrób mi wstydu”..itp.
Kiedy dochodzi do sytuacji, w której dziecko wyczuwa niechęć do własnej osoby, i co najważniejsze dzieje się to w relacji z najbliższą osobą, z którą budowało ono relacje jako jedną z pierwszych (matka, ojciec, rodzeństwo, dziadkowie), wówczas budzi się wątpliwość co do własnej osoby, co do słuszności zachowania i odczuwania. Kiedy dziecko słyszy od najważniejszej, najbliższej i autorytarnej osoby, słowa, które są nasycone emocjami, takimi jak strach, lęk, wstyd, złość, gniew, to świat pełen przekonań, jako że jest się w pełni akceptowanym i kochanym, nagle potrafi runąć.

Jest to pierwszy etap, w którym dziecko zaczyna się zastanawiać, co ja robię nie tak, dlaczego mama nie pozwala mi odzywać się w taki sposób, jak robię to zwykle w domu, dlaczego zezłościła się na mnie, gdy jako jedyna osoba z klasy garbiłem się na zdjęciu klasowym. Pojawia się wiele wątpliwości, jak również takie dziecko, chcąc nie zawieść rodzica, zatraca równowagę pomiędzy tym, co czuje tym, co pokazuje na zewnątrz. W takiej sytuacji dziecko nie może być sobą, wycofuje się i zaczyna obwiniać się za wiele rzeczy, sytuacji, które mają miejsce w życiu rodziny. Jeśli nasi opiekunowie nie brali odpowiedzialności za to, jak się czują i ogólnie nie brali odpowiedzialności za siebie, to obwiniali zwykle tych, którzy byli najbliżej.
Odwracali oni swój wstyd w naszym kierunku. W odpowiedzi na to my w dorosłym życiu jesteśmy w stanie brać niemal wszystko do siebie. To, co inni do nas mówią, odbieramy jako atak na swoją osobę. I kiedy bierzemy wszystko do siebie, to wzmacniamy w sobie poczucie wstydu. Jeśli ktoś ma uwewnętrzniony wstyd, czyli emocja ta stała się jego integralną częścią, to chodzisz wokół takiej osoby jak koło aktywnego wulkanu, który nie wiadomo kiedy wybuchnie. Taka osoba jest w ciągłej gotowości do ataku, znajduje się jakby w stałej defensywie. Ludzie tacy bardzo łatwo atakują inne osoby, w dość agresywny sposób. Dzieje się tak dlatego, że to odwraca uwagę od niepewności, którą czują. Najprostszą taktyką jest stawianie innych w złym świetle, dzieje się tak bardzo często poza świadomością takiej osoby, działa ona bardzo instynktownie i robi po prostu wszystko, żeby przetrwać, żeby obronić siebie samego. Bycie agresywnym albo powtarzanie sobie i innym, że „mnie to wcale nie dotyka, niech sobie mówią co chcą”, stanowi pewien mechanizm obronny i chęć wyparcia tego, co sprawia nam ból czy dyskomfort.

Kiedy więc żyje w kimś poczucie wstydu, wątpliwość, to będzie ona karmiona w sytuacjach, kiedy to kolejny raz ktoś będzie nas oceniać, obrażać, negować nasze działania, nasze słowa czy pomysły. Za każdym razem, łatwo będzie nam brać wszystko do siebie, z podobną łatwością, jak braliśmy, wszystko do siebie będąc skrępowanym dzieckiem.
Uwewnętrzniony wstyd wiąże się również z takimi objawami jak trądzik, zaburzenia odżywiania, uzależnienia, choroby psychosomatyczne, problemy z wymową takie jak jąkanie, choroby autoimmunologiczne gdzie organizm atakuje sam siebie, niepokój oraz nadwaga.
Osoby, które mają uwewnętrzniony wstyd, mają bardzo wysokie morale, wysokie standardy szczególnie wobec samego siebie, ale również wobec innych. Takie osoby często też cierpią z powodu wyrzutów sumienia.
Co zatem możemy zrobić aby uwolnić się od wpływu jaki wywiera na nas ocena innych osób, co zrobić, by przestać brać wszystko do siebie? Z pewnością pierwszym krokiem do uwolnienia będzie konfrontacja z wydarzeniami, osobami, które wywołały u nas takie poczucie wstydu. Zrozumienie i akceptacja wszystkich uczuć, emocji, które były w nas wtedy. Bardzo potrzebnym działaniem będzie również to, abyśmy zaakceptowali uczucia i emocje innych osób, to pomoże nam zrozumieć motywy jakimi mogli się kierować, jak również będzie to stanowić idealne podłoże do pojednania, akceptacji i wybaczenia.
To radykalne wybaczenie, zrozumienie i akceptacja pozwolą nam zbudować na nowo własną tożsamość i przestać brać wszystko do siebie. Bo kiedy już zrozumiemy, jakie mechanizmy kierują ludźmi, dlaczego przychodzi im łatwo ocenianie innych, życie nie swoim życiem itp. to będziemy pełni zrozumienia, a czasem nawet współczucia. W końcu zrozumiemy, że nie każda historia ludzka jest związana z nami i nie musimy brać wszystkiego do siebie, bo to po prostu nie należy do nas.
Przychodzi wówczas taki moment, kiedy uczymy się a potem stajemy się coraz częściej i częściej obserwatorami rzeczywistości, w której żyjemy. Przestajemy chłonąć jak gąbka emocje z otoczenia, zaczynamy żyć świadomie własnym życiem.

Nerwuski, co z Wami nie tak?

Zdaję sobie z tego sprawę doskonale, że wiele osób cierpi na różnego rodzaju zaburzenia lękowe i na różnych grupach szuka wsparcia, jakiegoś rozwiązania, być może podpowiedzi w danej sytuacji lub po prostu słów otuchy. Sama cierpiałam przez wiele lat m.in. z powodu silnych lęków i wciąż przed nimi uciekałam. Aż w końcu postanowiłam zacząć coś z tym robić i spróbowałam zmierzyć się z tym. Pierwszym krokiem jest odrzuceniem wszystkiego, co daje nam ta choroba, czyli może to być szukanie akceptacji i uwagi u innych, chęć zaistnienia w rodzinie itp. Kiedy zdałam sobie sprawę, że w ten sposób niczego nie naprawię w sobie, że nieświadomie bałam się o siebie jak zakichana egoistka, to był mój pierwszy krok naprzód.
Wiele osób mówi o swojej chorobie a tak naprawdę oprócz ciągłego powtarzania i opisywania swoich objawów, nie robi nic.
To jedna z oznak, że tak naprawdę ta osoba nie jest gotowa na bycie zdrowym, bo nie wiedziałaby tak naprawdę co z sobą począć. Trzeba dla siebie ŻYĆ przede wszystkim i odnaleźć tę miłość i akceptację w swoim wnętrzu, pogodzić się i przepracować to wszystko, czego kiedyś nie otrzymaliśmy. Być może to była miłość matki, akceptacja ze strony ojca. Z pewnością wielu z Was ma za sobą trudne, burzliwe dzieciństwo, w którym brakowało poczucia bezpieczeństwa, bo w jakimś momencie wydarzyło się coś, co to poczucie zmiotło z powierzchni Ziemi, na której właśnie stałeś.
ŻADNA TABLETKA nie wymaże z Twojej podświadomości lęku, żalu, gniewu czy złości. Zastanów się, czym są dla Ciebie lęki i jak na nie patrzysz, czy jako na coś, co chce Cię zabić, zniszczyć? A gdyby zamiast tego spojrzeć na nie jak na coś, co chce CI coś powiedzieć, pokazać… Lęki opowiadają dużo o tym, jak bardzo cierpi nasza dusza, bo być może kiedyś ktoś ją zranił, porzucił, wyśmiał, zdradził..
Wejdź w to, co czujesz i obserwuj zupełnie jakbyś stał/stała z boku. Czego się obawiasz? Śmiertelnej choroby? Boisz się, że coś Ci się stanie złego i nie będziesz już miał okazji tu być? Boisz się, że znikniesz bez śladu i nie pozostanie po Tobie nic? Może kilka wspomnień, jakiś maleńki cień, ale Ciebie już nie będzie? Co zatem chcesz zrobić, teraz kiedy żyjesz I JESTEŚ TU? Przecież jesteś tu PRAWDA?! Oddychasz! Żyjesz! Widzisz i czujesz! Doświadczasz! I co w związku z tym robisz? Czy takie życie Cię zadowala? zastanawiasz się, czy ktoś z Twoich bliskich będzie cierpiał z powodu Twojego odejścia? Czy czujesz się kochany, kochana? Czy czujesz, że ktokolwiek Ciebie rozumie? W rodzinie? Tutaj na grupie? Czego tak właściwie potrzebujesz? Gdzie jest pustka, którą chcesz zdążyć napełnić, by zacząć w końcu cieszyć się życiem? Czy chcesz ją odnaleźć i wypełnić? Czy podjąłeś/PODJĘŁAŚ JAKĄŚ PRÓBĘ?

Zrób coś z tym i zacznij szukać wypełnienia tej pustki albo nadal szukaj nowych objawów i potencjalnych chorób, wybór należy zawsze do CIEBIE.
Wszystko, czego potrzebujesz, jest już w Tobie, a Ty patrzysz w złym kierunku, szukasz wciąż na zewnątrz, zamiast spojrzeć W GŁĄB siebie.
Powiem Ci, co ja zrobiłam. Najpierw zaczęłam robić porządek na swoim „podwórku”. Zrozumiałam, że jestem już na etapie, kiedy nikt nie będzie o mnie dbał, a nawet jeśli zechce, to nie będzie wiedział czego ja istotnie pragnę. Ja sama nie wiedziałam czego chcę więc jak mogłam oczekiwać, że ktoś inny będzie znał mnie lepiej niż ja sama? Zaczęłam swoje poszukiwania, swoją podróż. Nie wiedziałam dokąd dojdę. Chciałam czuć się dobrze, bezpiecznie i komfortowo. Kiedy już po długim obserwowaniu siebie zaczęłam zbliżać się do mety, odnalazłam niespodziewanie dziewczynę, która na pierwszy rzut oka nie miała łatwego życia, wciąż samotna w swoim świecie żyła, z myślą, że stanowi problem dla swojej rodziny. Mama nie oczekiwała z radością na jej przyjście na świat, zamiast tego tonęła we łzach i własnym strachu, o którym też nikt nie miał pojęcia, tylko ona sama. Ze wszystkim zawsze było jej pod górkę, nigdy nie mogła zaznać spokoju i ukojenia tego bólu, że przecież jest nikomu do niczego niepotrzebna. Miała wiele chwil słabości i niekiedy frustracja i wstręt do siebie samej sięgała zenitu, najbardziej, kiedy to nawet nie udało jej się odebrać sobie życia.
Mimo to dalej żyła, oddychała… Żyła w niej jakaś niewidzialna siła, którą odnalazłam pod ciężkimi skorupami, które przez wiele lat tworzył ogromny lęk, gniew do siebie samej za to, że nie umarła jeszcze w łonie matki, strach przed tym, co jest dalej niż to jutro, które przynosi coraz większy ból, zagubienie, gdyż nie wiedziała, kim właściwie jest, i do kogo przynależy, złość na taki los popaprany, zazdrość o starszego brata, o którego narodzinach lubiła opowiadać jej mama, lubiła mówić o wszystkich pięciu porodach, ale gdy była pytana przez tą małą przestraszoną dziewczynkę niepewnym głosem: „a jaaa mamo? Jak mnie urodziłaś?” słyszała odpowiedź: „normalnie, szybko” i zaraz po tym jej mama zmieniała najpierw wyraz twarzy i potem temat, z dziwnym pośpiechem w oczach. To było bardzo bolesne dla tej małej czteroletniej dziewczynki, kiedy nie mogła dowiedzieć się, dlaczego mama uciekła na tak wiele lat, zostawiając ją samą z bratem i ojcem. Tak ciężkie były te skorupy i tak mocno przytwierdzone do jej tożsamości, ale w końcu, gdy przedarłam się przez ostatnią, zobaczyłam, że dalej już nic nie ma, jakaś dziwna otchłań, czarna i czysta jednocześnie. Okrutnie bałam się tego, czym się dla mnie okaże, jak będzie smakować, co ze mną się stanie, gdy do niej zawitam.
Strach był mosiężny i zajmował całe moje istnienie, ale droga za mną była żmudna i długa, tyle wysiłku wydałam z siebie za każdym razem, gdy przedzierałam się przez kolejną twardą warstwę. Nie było już sił, aby zawrócić i kiedy zdałam sobie sprawę, że to, co minęłam, ma więcej odcieni czerni i bardziej mnie przeraża niż to, co jest przede mną, postanowiłam zaryzykować.
W tej samej sekundzie, kiedy podjęłam decyzję i weszłam w tę nieznaną dotąd „otchłań”, poczułam, jak wypełnia mnie coś, czego nigdy dotąd nie czułam, a już z pewnością nie potrafiłabym ocenić ani ubrać w słowa. MIŁOŚĆ była wszędzie! SPOKÓJ był wszędzie! RADOŚĆ była wszędzie! Ja byłam MIŁOŚCIĄ. Wszystko, o czym mogłabym pomyśleć, było miłością. Przeogromne poczucie spełnienia i bezpieczeństwa. Ja jestem Tą Miłością, która we mnie mieszka. Skakałam z radości i delektowałam się każdą sekundą życia. Moje całe ciało trawiło to szczęście, które dało się zauważyć dosłownie wszędzie.
Niezwykła była to podróż. Zapewne, gdybym Wam opowiadała dalej, co się działo w moim nowym życiu, niektórzy z Was i tak by nie dowierzali. 
Teraz dzielę się z każdym swoim szczęściem i zachęcam do własnej podróży.
Wiem jak w dzisiejszym zabieganym świecie trudno o chwilę refleksji, jak trudno przychodzi o chwilę wytchnienia. Bo wydaje nam się, że musimy tak wiele jeszcze zrobić tu i jeszcze tam i tam..
Zapomina się jednak o podstawowych rzeczach, takich jak określenie celu, do którego się zmierza, zapominasz o tym być może, że musisz zadbać o siebie podczas codziennej wędrówki, zamiast tego dbasz o wszystko inne, a potem nie wiesz do kogo mieć pretensje, że jest z Tobą źle, że znów nie masz sił, a nikogo to nie obchodzi… Wiedz jedno, że NIKT ZA CIEBIE TWOJEGO ŻYCIA NIE PRZEŻYJE! Nikt nie przyjdzie do Ciebie z cudowną tabletką i nie powie Ci, że gdy ją połkniesz to wszystko, co złe odejdzie raz na zawsze..
Aby wrócić „do domu” trzeba po prostu ruszyć tyłek i zacząć iść. Aby znaleźć źródło z wodą na pustyni, musisz ruszyć i zacząć go szukać, w innym wypadku uschniesz z pragnienia.

Moja podróż nadal trwa…
Teraz podróżuje mi się znacznie lżej, bez tego ciężkiego balastu. Wiesz, że musiałam najpierw przejrzeć swój plecak, zobaczyć co w nim się znajduje, pożegnałam wszystko, co już się nie przyda, wyciągnęłam lekcje i doceniłam wszystko, co się do tej pory w moim życiu zadziało. Dzięki temu, że wzrastałam w takich trudnych warunkach, mogłam się przystosować lepiej i uodpornić. Jestem wdzięczna za tą SIŁĘ, która mieszka w każdym z nas, w Tobie też.

Chcę jeszcze Wam przedstawić narzędzie „KOMPAS OSOBISTY”, które stworzyłam do tego, by móc lepiej siebie poznać. Z racji tego, że zapisywanie swoich różnych emocji, spostrzeżeń, zawsze prowadziło mnie do dobrego wyjścia, uznałam, że ludzie powinni to praktykować JAK NAJCZĘŚCIEJ. Jak inaczej zdystansować się do pewnych spraw, emocji, skoro jeszcze dobrze o czymś nie pomyślisz, to zaraz o tym zapominasz i TRACISZ, idąc dalej.?
Ja opisywałam swoje najróżniejsze obawy, lęki, radości (choć tych było jak na lekarstwo), ale to dawało mi ogromny pogląd na siebie samą i miałam źródło, na którym mogłam pracować.
Dzięki temu samoistnie wracało wiele wspomnień, trudnych chwil, oraz traumy, z którymi mogłam się dzięki temu zmierzyć.

Znajdziesz go u mnie w zakładce „materiały”.

Nigdy się nie poddawaj!🍀☀️

Myśli na papierze

Dlaczego warto pisać, przelewać na papier swoje myśli, emocje, spostrzeżenia na wszelakie tematy, z otaczającej nas rzeczywistości, przeszłości? Czy to w pamiętniku, czy to w dzienniku, czy na zwykłej kartce papieru? Gdziekolwiek, gdzie jest miejsce na to, by dać w spokoju ujście temu, co w głębi nas drzemie. Niekiedy „to coś” usilnie chce się z nas wydostać, a my robimy wszystko tylko by do tego nie dopuścić. Skrywamy jakąś cząstkę siebie, która chce ujrzeć światło dzienne, chce się przed nami ukazać w całej okazałości.

Trudno się też dziwić, gdyż często jesteśmy instruowani poprzez mówców, szkoleniowców, nauczycieli rozwoju osobistego i duchowego, jak w sposób inteligentny, sprytny powiedziałabym, uciekać od złych myśli, zamieniać je natychmiast na inne, oby pozytywne. W jaki sposób skupiać uwagę, na czym tylko jest możliwość, z zewnątrz, aby nie poczuć tego, co jest w głębi nas. No tak, a kto zechciałby czuć lęk, strach, zazdrość, żal, gniew? Ucieczka jest czymś zrozumiałym, ale z czasem obserwujemy, że nie da się tak długo funkcjonować, że brakuje nam równowagi i zwyczajnie spokoju oraz sił do kolejnej ucieczki. Jakiego więc wyboru dokonać, by dowiedzieć się, co takiego chce nas dogonić i co ma nam do powiedzenia?

Ja od kilku lat stosuję tę metodę wyrażania i obserwacji siebie, która jest uznawana za jedną z najłatwiejszych dla nas, ale też istotnych, biorąc pod uwagę połączenie kinetyczne, jakim jest ręka i mózg w czasie pisania. W dobie rozwoju technologii, które uraczyły nas sprytnymi tabletami, smartfonami, komputerami, dochodzi do stopniowego ograniczenia ruchów i powolnej eliminacji naturalnej kinetyki ciała. W ramach odskoczni więc gdy tylko mam potrzebę i takie pragnienie ze mnie wypływa, siadam sobie gdzieś na chwilkę samą ze sobą i zapisuję wszystko, co uznaję za ważne i wartościowe dla mnie, dla rozwoju mojego istnienia, dla lepszego zrozumienia siebie, ale też innych.

Opowiem Wam, jak to się stało, że odkryłam tą wielką, niemal magiczną moc, jaką niesie ze sobą myśl przelana przez nas odręcznie na papier, nie na ekran monitora, bo to nie to samo, bynajmniej dla mnie…

Jest za mną pewien trudny dla mnie moment, na szczęście mogę mówić już o tym w formie przeszłej, moment, w którym byłam totalnie zagubiona, osamotniona, i totalnie nieszczęśliwa.
Ten odległy już czas był dla mnie pewnego rodzaju próbą i ogromną lekcją od losu. Chwile naznaczone niepewnością i ogromnym lękiem, a najgorsze było to, że nie potrafiłam do końca sprecyzować charakteru tego lęku, nie mówiąc już o samym jego źródle. Czułam, że nie mogę liczyć na zrozumienie ze strony kogokolwiek, mając na myśli nawet najbliższą rodzinę. Wiedziałam o istnieniu „czegoś” co zaciąga mnie w dół, nie pozwalając przy tym oddychać pełną piersią. Czułam się przytłoczona przez problem, o którym świadomie nie zdawałam sobie sprawy.
Objawiało się to stanami depresyjnymi, o różnym nasileniu, silnymi lękami, strachem przed ludźmi, przestrzenią, która była mi zupełnie obca i odrealniona, czułam się tak nawet w miejscach, które znałam i wcześniej odwiedzałam.
Tkwiąc samotnie w tym stanie, nie wiedziałam jak długo jeszcze będę mogła to znosić, jak długo dam radę. Obawiałam się wszystkiego, a rozwiązania nie było widać, znikąd żadnej pomocy, o którą też nie miałam odwagi poprosić.

Trwało to dobrych, kilkanaście miesięcy, mówię jedynie o tej „kumulacji”, nie o tej kuli, która się zaczęła toczyć już dawno temu i, która też dawała o sobie już bardzo dawno temu znać.
W końcu przyszedł taki czas, chwila, w której ja, pogłębiona w swoim bólu, bólu, który dotykał każdej sfery mojego istnienia, byłam gotowa już poddać się i nie walczyć już z tym, co siało spustoszenie w moim życiu. Doznałam jakby olśnienia, wpadła mi do głowy myśl, którą natychmiast miałam potrzebę zatrzymać, jakbym chciała się jej przyjrzeć jeszcze raz. Głębia tego przekazu, jaki spadł na mnie sprawiła, że odruchowo zeskoczyłam z fotela i sięgając po kartkę i długopis, zaczęłam zapisywać wszystko to, co tak mocno trzymałam w myślach już dobrych kilka chwil.

Moją intencją było zapisanie tej informacji, która przyszła do mnie nie wiadomo skąd (na tamten moment stanowiło to niewiadomą, teraz już wiem, że to była ta sama boska moc i mądrość, która sprawia, że oddycham nie musząc jednocześnie o tym pamiętać).

No i nie skończyło się tym razem na zapisaniu jednej, dosadnej myśli. Tego dnia, poczyniłam wielki krok naprzód, pozwalając na to by wszystko to, co sprawia mi ból, mogło ze mnie wyjść i opowiedzieć o sobie. Nie pamiętam ile kartek zajęło to wszystko w moim czerwonym notesiku, ale trochę się tego uzbierało.
Pisząc to wszystko wylałam z siebie, i jak to się mówi tony łez i z każdą następną stroną, z każdą nowo zapisaną kartką czułam się coraz lżej, jakby ten cały mrok opuszczał moje ciało a na mojej twarzy poczułam ciepłe i jasnożółte promienie Słońca. Moje ciało rozluźniło się a całe jego wnętrze pokrywało jakieś dziwne ciepło.
Ta chwila była tak wielkim ukojeniem dla mnie, moc tego była dla mnie w pewnym sensie tonowana niedowierzaniem, że taką ulgę mogłam poczuć, po tym wszystkim, co było wcześniej.

Nie poddając tego stanu kolejnej analizie usnęłam, nie wiem na jak długo, a gdy już obudziłam się z tego jakże spokojnego snu, poczułam się jakbym wróciła z jakiejś wielkiej wyprawy, co oznaczała ogromne zmęczenie, ból wszystkich mięśni i ogromny głód.
Kiedy już porządnie nasyciłam się i mój apetyt dał o sobie zapomnieć, nalałam gorącej wody do wanny i przypomniałam sobie o moim czerwonym, błyszczącym notesie. Musiałam po niego pójść, nie z obawy, że ktoś mógłby do niego zajrzeć, a raczej tylko po to, by upewnić się, że to, co się wydarzyło, rzeczywiście miało miejsce. I to nie był sen, jak się okazało. Zanurzyłam się w pachnącej, gorącej niemal wodzie i zaczęłam czytać, wszystko to, co udało mi się poprzedniego dnia zapisać.
Niewiarygodnym był dla mnie fakt, iż wszystko układało się w tak logiczną, niebywale sensowną całość. Jeszcze raz zatem oddałam się w posiadanie tej cudownej uldze i spokojowi, który we mnie trwał, już jakby nie patrzeć od ładnych kilkunastu godzin.
Co takiego się stało? Co takiego sprawiło, że poczułam się lepiej? Lepiej to mało powiedziane. Czułam się niesamowicie lekko, czułam jakiś rodzaj wolności, no i spokój.
Spokój, gdyż zrozumiałam, odnalazłam „traumę”, która nie chciała dać o sobie zapomnieć, byłam całkowicie oddana walce z tym, co tak właściwie chciało do mnie przyjść, aby pokazać mi, dlaczego cierpię, co jest źródłem mojego bólu.
Był to proces pierwszej takiej podróży w głąb siebie i pierwszy raz, kiedy to poczułam na sobie co właściwie oznacza przebaczenie. Przebaczenie sobie oraz innym, którym dotąd nie potrafiłam przebaczyć.
To była niezwykła dla mnie przygoda, szalenie inspirująca, przygoda, której jestem wierna do dziś.

Polecam więc każdemu, każdemu, kto choć raz dał mi do zrozumienia, że chce coś zmienić, naprawić, zrozumieć.
Prawda, która żyje w nas musi stanąć oko w oko z nami tu i teraz, tylko w ten sposób możesz cokolwiek zrozumieć i podjąć świadome kroki naprzód.

Prawda nas wyzwoli, tylko prawda. Więc ja już nie uciekam przed nią. Mam w posiadaniu odwagę i moc, aby z każdą prawdą się zmierzyć.

Mam nadzieję, że odpowiedziałam dość sensownie na pytanie, czy warto przelewać na papier to, co w danej chwili czujemy za stosowne i pomocne.
Tak, zdecydowanie warto. Jestem przekonana, że to jest bardzo pomocna metoda w obserwacji samego siebie, co stanowi punkt wyjścia w zrozumieniu własnych zachowań, przekonań, wszelkich nawyków w myśleniu i postrzeganiu rzeczywistości. Jeśli nie zrozumiesz jakie ziarno w Tobie jest zasiane, nie będziesz nigdy wiedzieć jakiego owocu możesz się spodziewać.

Monika Zmarzlińska