Kompas osobisty
  • Pozytywne myślenie

  • Uwalnianie emocji

Monika Zmarzlińska

Witam Cię. Nazywam się Monika Zmarzlińska.

Zajmuję się wspieraniem ludzi w ich dążeniu do równowagi życiowej. Działam, zmotywowana własnymi doświadczeniami oraz wiedzą, którą nabywałam i wciąż nabywam od wspaniałych ludzi. Nauczycielom z całego serca chcę podziękować. Dzięki Nim w zdumieniu podziwiałam, w jaki fascynujący sposób funkcjonuje istota ludzka, stanowiąc doskonałe połączenie psychiki z ciałem. Dziękuję: Pani dr. Marzannie Radziszewskiej Konopka (Psychobiologia), Gilbertowi Rhenaud (Recall Healing), Gerardowi Athiasowi (Totalna Biologia), Roberto Barnai (Biologika), Klaus Bernhardt (niemiecki psychoterapeuta, autor nowatorskiej metody leczenia zaburzeń lękowych), Louis J. Cozolino (profesor psychologii, filozof, badacz), Beata Pawlikowska (podróżniczka, moja inspiracja, miłośniczka życia). Jak i wiele innych, których podziwiam i bardzo cenię…
Ta strona powstała właśnie po to, by móc wspierać każdą osobę i motywować do zmiany na lepsze. Narzędzie-Kompas Osobisty, które stworzyłam, warsztaty, konsultacje, których udzielam w bardzo ważnych momentach w życiu swoich Klientów, powstały z myślą o wszystkich, którzy zadają pytania i czekają na odpowiedzi. Chcę się dzielić z innymi swoimi przemyśleniami, osiągnięciami i wiedzą, by móc wspólnie rozwijać się wraz z nimi i sięgać śmiało dalej, iść przez życie z odwagą i podniesioną głową.

Jak to się zaczęło?

Wiele lat żyłam nurtowana wieloma pytaniami i jak super detektyw szukałam odpowiedzi.
Potrafiłam poświęcić mnóstwo mojego czasu, energii i uwagi na poskładanie wszystkich puzzli w jedną układankę.
W miarę upływu czasu, obserwując siebie, ludzi, naturę, oraz poszerzając swoją wiedzę głównie z dziedzin psychobiologii, totalnej biologii, neuronauki, psychologii, zadawałam sobie różne pytania.
Jaki jest sens mojego istnienia? Czy można mieć jakąkolwiek kontrolę nad swoim życiem? Dlaczego ludzie cierpią? Zwykłe pytania natury egzystencjalnej, które zadawali sobie ludzie już od zarania dziejów.
W pewnym momencie życia znalazłam się w miejscu, z którego trudno było ujrzeć horyzont, a co dopiero to, co znajduje się za nim.
Czułam, że utknęłam bez wyjścia, a życie umyka mi między palcami jak suchy piasek, i zupełnie nie mam nad tym kontroli. To potęgowało we mnie strach i coraz to większe poczucie bezradności, okrutności losu wobec mnie. Ewidentnie życie pod postacią biednej ofiary nie służyło ani mojemu samopoczuciu, ani zdrowiu fizycznemu i psychicznemu.
Wszystko i wszystkich odbierałam jako potencjalne zagrożenie i czułam, że pustka, która dobija się gdzieś z głębi duszy i krzyczy tak głośno, że jedyne, na co mnie było stać to ucieczka przed tym hałasem.
Bezradność wobec tego, co pojawia się w głowie, bezradność wobec emocji, które robiły ze mną co chciały, to permanentny stan, który towarzyszył mi przez długie lata, zbyt długie, ale tego potrzebowałam bardziej niż głębokiego oddechu i sielskiego poczucia „och, jaki piękny jest ten świat”.
Tak, to nie pomyłka. Potrzebowałam doświadczyć wielu przykrych dla mnie chwil, przykrych też dla moich bliskich, aby zrzucić maskę ofiary, nabrać po raz pierwszy świadomie rześkiego oddechu i zbudować swoje poczucie wartości i życie wolne od jakichkolwiek ucisków i lęków.
Czas, w którym do mnie to dotarło, był znamienny i bardzo cenny dla mnie.
To jeden z momentów, których nie zamieniłabym na żaden inny, nie wymazałabym tego ani z pamięci, ani z serca.
Zrozumienie, że tak wiele wartości dla mnie, niesie każda porażka, każdy błąd i ból, dało mi podstawę do tego, by świadomie przeżywać swoje życie i każdą taką lekcję przekuwać w kolejny sukces. To dostrzeżenie i przeżywanie tych sukcesów z kolei, było i jest nadal najstabilniejszą podstawą mojego poczucia własnej wartości i dzięki temu pewnego razu postanowiłam stać się dla siebie najlepszym przyjacielem i kochać siebie bezgranicznie, wspierać się w każdej sytuacji.
Przestałam nagle widzieć w sobie same wady, ujrzałam zamiast tego wszystko to, co do tej pory osiągnęłam, jakim człowiekiem się stałam, ile pracy i pokory włożyłam w swój rozwój.
Pewnie, gdybym wcześniej trafiła na kogoś, kto powie mi, że od tego powinnam zacząć, że zamiast odrzucać siebie, karać i krytykować, powinnam podać sobie pomocną dłoń, a wtedy łatwiej będzie mi iść przez życie, stanowiąc jedność ze swoim wewnętrznym dzieckiem.
Nauczyłam się słuchać intuicji, (niezwykle korzystna umiejętność), która zawsze wie co dla mnie najlepsze, i, mimo iż nie podaje żadnych argumentów, co zwykł robić umysł, to ufam jej bezgranicznie.
Nie podejmuję już decyzji pod presją innych, lecz słucham siebie. Czy może istnieć inna droga do poczucia spokoju i szczęścia?
Otóż jak zauważyłam z własnej praktyki i obserwując zmagania innych, zaczynać możemy z różnych kierunków, na różnych etapie drogi będąc, możemy posiłkować się różnymi narzędziami, podobnie jak robi to podróżnik, zmierzając do swojego celu. Czasem jedzie autostopem, czasem idzie pieszo, czasem szuka drogi na skróty, ale ostatecznie będąc coraz bliżej celu, uczy się wiary i ufności w to, że w końcu się uda. Każdy ma swoje tempo i swój indywidualny rytm. Najważniejsze, by zacząć iść i mieć świadomość tego, w którym kierunku chce się podążać. Ja wiem jedno, odkąd wspieram siebie w podróży, po prostu łatwiej i przyjemniej mija mi każda droga.
Żywię nadzieję, że głęboka wiara w godność i moc człowieka powoli zaczęła ustępować także Twojemu zwątpieniu. 🙂